Dieta to nie tortury

Światło pochodni rzucało niepewny blask na wilgotne i omszałe ściany korytarza. Na końcu lochu znajdowały się okute metalem dębowe drzwi. Tam właśnie prowadzono podejrzaną. Drzwi otworzyły się ze zgrzytem źle naoliwionych zawiasów. Gdy wepchnięta przez katowskiego pachołka do środka rozejrzała się trwożliwie, zauważyła postać w kapturze, a przy sąsiednim stole sekretarza, który miał spisywać jej zeznania.
Jednak największą grozę budziły maszyny do tortur i metalowe narzędzia katowskiego rzemiosła. Poczuła niezwykłą ogarniającą ją słabość. Widziała, że nie wytrzyma bólu i przyzna się do wszystkiego, do czego zmuszą ją oprawcy. Człowiek w kapturze przyjrzał się jej uważnie. Jego błyszczące ciemne oczy świdrowały jej ciało i duszą na wylot. W oczach tych drzemało okrucieństwo i szaleństwo. Kat pociągną ją w kierunku stołu zaopatrzonego w metalowe zatrzaski na ręce i nogi, lecz człowiek w kapturze zatrzymał go gestem ręki. Znowu przeniósł wzrok na podejrzaną i rzekł: „Nie. Mam dla niej torturę o wiele straszniejszą i boleśniejszą. Od dziś będziesz na diecie”. Ona zaś wzdrygnęła się i omdlała z przerażenia…

Wybaczcie mi tę literacką impresję, w której zapewne można doszukać się wpływu Umberto Eco, Arturo Pereza-Reverte, czy nawet naszych rodzimych pisarzy Andrzeja Sapkowskiego lub Jacka Piekary. Wszak Inkwizycja i tortury to wdzięczny temat dla literatów, jednak zapewne nikt nie wykorzystał go jeszcze do wyeksponowania problemów z dietą. Do tego trzeba nie tyle talentu literackiego, co mojej diabelskiej przekory!

Początki mody na odchudzanie

Przejdźmy już do rzeczy. Jeszcze kilkanaście lat temu słowo dieta kojarzyło się tylko i wyłącznie z szpitalem i zaleceniami lekarza w przypadku niektórych poważnych chorób. Pojawiały się pierwsze książki propagujące mniej lub bardziej zdrowe żywienie, ale nie było ich wiele. Jeśli ktoś w towarzystwie mówił, że jest na diecie lub się odchudza, patrzano na niego z uśmiechem politowania. Tak przynajmniej było w kręgach, w których się wówczas obracałem.
Potem zawitała do nas plaga otyłości. Większość analityków i tzw. ekspertów stwierdza, że stało się to wynikiem obfitości towarów na sklepowych półkach. Teraz mogliśmy jeść do woli. Nie do końca jest to diagnoza związana z żywieniem jako takim. Trudno nie dopatrywać się podtekstów politycznych w tych wypowiedziach. Bardzo nie lubię zbaczać na takie tematy, ale jedną rzecz muszę podkreślić. Przed tzw. przemianą ustroją jedynie kilka lat faktycznie nie było towarów w sklepach. Wcześniej żywność była i wcale tak mało się nie jadło. Problem nie leży w samym nadmiarze żywności, ale w jej jakości.
Coraz więcej mamy pokarmów bezwartościowych i przetworzonych oraz chemicznie ulepszanych. To one powodują tycie. Dodawanie do wszystkie soi – to kolejny powód. No i na koniec zmiana przewagi tłuszczów w jadłospisie przeciętnego Polaka na duże ilości węglowodanów. Takie są przyczyny tycia.

Skuteczne cudowne diety?

Lekiem na całe zło ma być więc dieta. Tak powstają wszystkie cudowne diety – skuteczne, ale głównie w dziedzinie niszczenia zdrowia. Uważam, że dobra dieta musi opierać się o wyliczenie zapotrzebowania kalorycznego i nie może być ono zbytnio zaniżone. Wszystko zależy od aktualnej wagi i stylu życia. Jednak kobieta jedząca poniżej 2000 kcal na pewno sobie szkodzi! Mimo tego muszę też zaznaczyć, że nie liczy się jedynie ilość, ale również jakość. Im żywność bliższa naturze tym lepiej. Niestety nie zawsze mamy wielki wybór.
Wszystkie te cudowne diety zakładają głodówkę, która może na początku sprawić, iż waga stanie się mniejsza. Lecz w rzeczywistości jest to wstęp do zaburzenia gospodarki hormonalnej i jeszcze większego tycia. O tym już pisałem nieraz. Teraz chciałbym wskazać na pewien ciekawy mechanizm psychologiczny, który sprawia, że dla jednych cudowne diety są tak atrakcyjne, a innych odstrasza całkowicie od odchudzania.

Niesmaczne lekarstwo

Przejęliśmy stary pogląd, że im bardziej lekarstwo niesmaczne, tym skuteczniejsze. Podobnie podchodzimy do diety. Im bardziej rygorystyczna i wymagająca, tym wydaje nam się skuteczniejsza i lepsza. Co tam! Będziemy znosić tortury, byle nie za długo. Potem można się chwalić miesiącem wyrzeczeń i smukłą figura, a inni będą podziwiać i jędrne ciało i hart ducha.
Niestety. Mylimy się i to bardzo. Każda dieta obliczona na miesiąc lub dwa, nawet racjonalna i zdrowa, nie ma większego sensu. Tu chodzi o zmianę myślenia i zmianę trybu życia, a nie tylko i kilka tygodni wyrzeczeń.
Właśnie te wyrzeczenia sprawiają, że niektórzy już na samą myśl o torturze rozstania z czekoladą lub innymi smakołykami, dostają dreszczy. Ogarnia ich przerażenie i niemoc. Tak więc podjadają sobie dalej i spokojnie obrastają tłuszczem. W zasadzie może to i lepiej, gdy się nie zaczyna diety, by po miesiącu ją przerwać. Dobrze też jeść normalnie i powoli tyć niż ryzykować głodówki, po których waga jeszcze szybciej idzie do góry, a przy okazji dochodzi do ogólnego osłabienia.

Co lubi Twój organizm?

Najbardziej odpowiadałaby nam taka dieta, która pozwalałby jeść to co lubimy. Uniknęlibyśmy wówczas tortury wyrzeczenia. Tu właśnie dochodzimy do dość istotnego punktu. Nasze „smaki” i upodobania kulinarne traktujemy, jako pewien niezmiennik i uważamy, że są trwałe. Nie zdajemy sobie sprawy, że są one ukształtowane pod wpływem środowiska. Najczęściej kuchni dominującej w domu rodzinnym. Tak przynajmniej było kiedyś. Dziś smak konsumenta kształtują producenci przetworzonej żywności i właściciele fast-foodów.
Osoby starsze, choć też nie wszystkie, które wychowały się jeszcze na w miarę naturalnej żywności, bardziej czują sztuczność dzisiejszych pokarmów. Młodzi ludzie wypijają dużo „zdrowych jogurtów”, ale nie czują już posmaku tworzywa sztucznego. Sam widzę to po sobie. Od kilku lat staram się unikać przetworzonych pokarmów. Gdy czasem zdarzy mi się coś takiego zjeść, na przykład z grzeczności podczas wizyty u znajomych, wyczuwam całą sztuczność oraz nadmiar soli i innych dziwnych substancji. Dziwię się teraz, że kiedyś mi to smakowało!
Większości osób oderwanie na stałe od „plastikowych śmieci żywnościowych” wydaje się torturą nie do przyjęcia. Przecież życie nie powinno polegać na nieustannych umartwieniach. Po co żyć dłużej, jeśli człowiek ma sobie wszystkiego odmawiać. Tak dochodzimy do swoistego paradoksu. Czas uzmysłowić sobie, że najprawdopodobniej Twój organizm „lubi” co innego niż Ty! Tak naprawdę, to właśnie teraz go torturujesz.
To jeden aspekt. Drugim paradoksem jest fakt, że dobra dieta polega na tym, by jeść to co się lubi! Trzeba jednak to „lubi” właściwie zrozumieć. Oznacza ono, że nasz organizm dobrze „wie”, na jakich pokarmach najlepiej funkcjonuje. Jednak nasze sztucznie wyhodowane gusta zagłuszają ten głos i właściwy smak.
Jeśli chcemy odnieść korzyści z diety, to musimy się nastawić na to, że będziemy ją stosować całe życie. Jednak nie chodzi o wyrzeczenie ani o tortury. Tu chodzi o jedzenie tego c lubi Twój organizm. Pierwszą rzeczą będzie więc regulacja i oczyszczenie własnych preferencji smakowych. Trzeba nauczyć się słuchać własnego ciała i przestać je ignorować. Dziś po kilku latach nie muszę już specjalnie rygorystycznie układać diety. Organizm sam poopowiada mi co w danym momencie należy zjeść. Jednak trzeba dużo czasu na to, by odróżnić jego głos od powierzchownych zachcianek. O czyszczeniu smaku napiszę przy okazji osobny artykuł. Na dziś pozostawiam Was z tą garścią informacji do przemyślenia. Pamiętajcie, że dieta to nie tortury. Tak, tak, pana to też dotyczy – człowieku w kapturze!

No related posts.

Powiązane wpisy wygenerowane przez wtyczkę Yet Another Related Posts.

One Response to “Dieta to nie tortury”

  1. Asia mówi:

    Fajny artykuł. Dzięki

Leave a Reply