Dyskusja wokół błonnika
Możemy teraz zająć się błonnikiem. Zapoznając się z wieloma dietami i przeróżnymi stanowiskami naukowymi, dochodzę do wniosku, że niemal wszyscy mają niewłaściwe podejście do tego składnika pożywienia. Jak powszechnie wiadomo, błonnik jest nieprzyswajalny, ale poprawia pracę jelit i ułatwia proces trawienia. Natomiast dr Kwaśniewski i spore grono wspierających go lekarzy uważa, że rola błonnika jest przeceniania i właściwie prawie wcale go nie potrzebujemy. W obu tych stanowiskach można znaleźć ziarno prawdy. W czym jednak tkwi błąd?
Niewłaściwe jest mniemanie, że skoro coś działa na nas dobrze i jest nam potrzebne, to musimy tego przyjmować jak najwięcej. Przecież wiadomo, że witaminy w dużych ilościach powodują przewitaminizowanie czasem groźniejsze w skutkach od niedoboru. Ciągle dyskutuje się ile czego wolno jeść, a co do błonnika stwierdza się tylko oględnie, że ma go być dużo. Cóż nas skłania do takiego myślenia?
Zastanówmy się jeszcze raz nad naszym układem pokarmowym. Nie jest on ani tak krótki jak u drapieżników ani tak długi jak u roślinożernych. Wniosek z tego, że możemy jeść niemal wszystko. Jednak biorąc pod uwagę jego budowę powinniśmy się skłaniać bardziej ku pokarmom pochodzenia zwierzęcego. Wszystko to prowadzi nas do prostego wniosku. Potrzebujemy błonnika nieco więcej niż typowe drapieżniki, ale za to zdecydowanie mniej od zwierząt roślinożernych. Na pewno przesada nie jest wskazana, podobnie jak całkowite wyeliminowanie tego składnika z pożywienia. Nadmiar może stać się przyczyną wystąpienia chorób nowotworowych.
Dlaczego to działa?
Pisząc o diecie takiej czy innej, musimy brać pod uwagę opinie tych, którzy jej próbowali. Nie da się ukryć, że na diecie Kwaśniewskiego można sporo schudnąć. Jest to fakt potwierdzony, więc nie będę z nim polemizował. Pytanie, które trzeba sobie zadać brzmi: Czy koszty takiego odchudzania nie są zbyt wysokie?
Nie łudźmy się, że zawsze lepiej chudnąć niż nie chudnąć. Czasami utrata wagi, zwłaszcza zbyt szybka może być równie niebezpieczna dla zdrowia jak nadwaga, albo i bardziej. W przypadku omawianej diety zachodzi bardzo skomplikowane zjawisko biochemiczne. Nadmiar tłuszczu gromadzi się w organizmie, co wywołuje silne procesy spalania. Powstają w dużych ilościach ketony. To one zakwaszają nadmiernie organizm (przypominam fragment o kapuście i warzywach) oraz doprowadzają do odwodnienia. Większość z utraconych kilogramów to właśnie woda! Co prawda niski poziom węglowodanów sprawia, że znika też tkanka tłuszczowa, ale całość tych procesów może doprowadzić do szeregu powikłań.
Opisuje się mnóstwo przypadków wyzdrowienia z przeróżnych chorób dzięki diecie Kwaśniewskiego. Można odnieść wrażenie, że taki sposób odżywiania uleczy nas niemal ze wszystkiego. W tym właśnie miejscu zapala się w moim mózgu czerwona lampka. W ciągu ostatnich dwudziestu lat zetknąłem się z wieloma dietami i metodami leczenia, których autorzy i propagatorzy obiecywali cudowne wyzdrowienie ze wszystkiego. Badając te metody doszedłem do wniosku, że cudownych sposobów na wszystko nie ma. Zwykle sukcesy były raczej wynikiem sugestii psychicznej niż prozdrowotnego działania danej diety. Przypuszczam, że podobnie jest i w tym przypadku. Mamy przecież równie dużo doniesień o poważnych chorobach, a nawet zgonach osób korzystających z tej diety. Zrównoważone spojrzenie na te sprzeczne doniesienia powinno powstrzymać nas od pochopnego stwierdzenia, że dieta Kwaśniewskiego leczy. Jej obrońcy będą udowadniali, że ludzie którym się pogorszyło nie przestrzegali dokładnie wytycznych. Czy jednak na pewno i czy mamy na to jakieś dowody? Takie podejście sugeruje raczej zaślepienie…
Sztandarowym przykładem, który wskazują obrońcy żywienia optymalnego jest prezydent Lech Wałęsa, któremu opisywana tu dieta miała poprawić stan zdrowia. Ostatnie wypadki i operacja serca pana prezydenta, jakoś nie podtrzymują tego mitu.
Być może powinienem napisać jeszcze nieco o cholesterolu, którym tak nas się straszy, ale ten temat też prosi się o osobne opracowanie. Kończąc te siłą rzeczy uproszczone rozważania na temat dorobku dr Kwaśniewskiego pragnę tylko zwrócić uwagę na to, że w doborze diety trzeba się kierować zdrowym rozsądkiem i umiarem. Wszelkie skrajności prędzej czy później odbiją się na naszym zdrowiu.
No related posts.
Powiązane wpisy wygenerowane przez wtyczkę Yet Another Related Posts.
Bardzo proszę o podanie konkretnych przykładów ludzi, ktorym ta dieta zaszkodziła – jakie choroby wywołała, jakie negatywne skutki, pogorszenie stanu zdrowia? Szukam takich informacji w internecie i nigdzie nie mogę ich znaleźć!!! Wszędzie tylko, że ludzi wyleczyła z chorób, że stosują od kilkunastu lat i czują się świetnie… Gdzie więc są ci, którym zaszkodziła? Autor artykułu napisał “Mamy przecież równie dużo doniesień o poważnych chorobach, a nawet zgonach osób korzystających z tej diety.” Bardzo proszę o rozwinięcie tego tematu, bardzo mnie on interesuje. Gdzie są dane i konkretne przypadki?
Witam. Pisząc ten artykuł starałem się patrzeć na problem w miarę obiektywnie. Jeśli chodzi o przykłady, to cytowane przez Panią zdanie powstało pod wpływem wypowiedzi prof. Jerzego Adamusa, prof. Roberta Borowa czy prof. Wiktora Szostaka.
Starałem się zachować ostrożność w ocenie, ale ma Pani dużo racji, gdyż od napisania tego artykułu minęło kilka miesięcy i czytając sporo nowych publikacji i badań, zaczynam się mocno zastanawiać, czy wspomniane przez tych naukowców przypadki są faktycznie wynikiem tej diety. Na ile są to opinie uwarunkowane panującym dogmatem o szkodliwości tłuszczów zwierzęcych i cholesterolu jako przyczynie powstawania miażdżycy? Nadal pozostaję ostrożny, ale metaanaliza badań nad wpływem cholesterolu pokazuje, jak bardzo takie badania mogą być nieobiektywne.
Sam już za bardzo nie wierzę w mit o szkodliwości tłuszczów zwierzęcych, wręcz przeciwnie, to właśnie nadmiar tych roślinnych wydaje się być bardziej groźny dla naszego zdrowia. Podobnie jak nadmiar węglowodanów.
Mimo wszystko podtrzymuję trzon moich zarzutów wobec diety Kwaśniewskiego. To jest monodieta. Brak w niej zróżnicowania. Często pisze się o niej jako diecie wysokobiałkowej, co jest kompletnym nieporozumieniem. Zalecane 0,8 grama białka na kilogram masy ciała, to norma dla osób z chorymi nerkami, dla większości norma głodowa. Potrzeba nam o wiele więcej protein. Zależne to jest od płci, wieku i obciążenia pracą. Tymczasem na forach optymalnych ludzie z typowymi objawami hipoglikemii otrzymują zalecenie, by jeszcze bardziej ograniczyć białko!
Tłuszcz zwierzęcy jest dobry, ale nie może nam przesłonić innych składników. Trochę warzyw i owoców też jest potrzebne. Zasługą Kwaśniewiskiego i jemu podobnych było docenienie tłuszczów nasyconych, ale poszedł w skrajność i zbudował monodietę. Nie wiem, czy moja odpowiedź Panią zadowala. Zawsze możemy dyskutować dalej
Temat jest trudny i zwykle wywołuje wiele kontrowersji i dość emocjonalnych polemik. Sam ograniczyłem we własnym pożywieniu ilość węglowodanów a zwiększyłem tłuszcz zwierzęcy, ale nie mam zamiaru popadać w skrajności. Pozdrawiam.
Odpowiedź mnie satysfakcjonuje
To, na czym mi zależy, to po prostu otwarte podejście, a w Pana wypowiedzi takie dostrzegam.
Ja miałam dwa podejścia do diety optymalnej. Zaczęłam, gdy byłam w liceum (pod wpływem dziadka cukrzyka). Efekty były oszałamiające – idealnie gładka skóra, piękne włosy (a zawsze miałam z tym problem), mniej snu i więcej energii, lepsze kojarzenie faktów, lepsza pamięć, bez problemu znosiłam stres, zniknęły problemy żołądkowe, wzdęcia, przestałam się przeziębiać… Ogólnie byłam zachwycona. Po około 3 latach przyszedł moment rozluźnienia (z pokus, lenistwa, zmiany trybu życia, itp…) i tak powoli zaczęłam odchodzić od diety… Po kolejnych 2 latach zorientowałam się, że chyba popełniłam ogromny błąd. Nagle zdałam sobie sprawę, że przytyłam 10 kg, mam problemy z pamięcią, jestem nerwowa, często miewam bezsenne noce, a jestem zmęczona w ciągu dnia, przeziębiałam się bez powodu, skóra stała się cienka, pojawiły się stany zapalne, włosy były przesuszone, wypadały i łamały się. I to nie było tak, że miałam wyrzuty sumienia, że nie jestem na diecie i to one mnie “zniszczyły” (efekt placebo). Wręcz przeciwnie – uwielbiam jeść i po prostu kusiły mnie węglowodanowe pyszności, ich jedzenie sprawiało mi radość i było bardzo wygodne. Jednak po tych dwóch latach, kiedy uświadomiłam sobie, że moje problemy mogą wynikać ze złej diety, postanowiłam wrócić do żywienia optymalnego, aby sprawdzić, czy to faktycznie jest przyczyna.
Zrobiłam to jednak dużo porządniej niż wtedy – z dokładną kontrolą wagi i ilości poszczególnych składników. Pierwsze znaczne efekty zauważyłam po dwóch tygodniach – przestałam się stresować i zaczęłam się wysypiać. Odczułam znaczną poprawę pamięci, koncentracji, myślenia. Zaczęłam mniej jeść objętościowo i mniej odczuwałam głód. Po 1,5 miesiąca włosy stały się lśniące i miękkie, a skóra gładka… Zaczęłam czuć, że żyję i ten efekt wciąż postępuje.
Teraz, z perspektywy czasu, na pewno cieszę się, że miałam tę przerwę w diecie, bo uświadomiło mi to, że ona naprawdę działa i że warto się poświęcić dla takich efektów.
Jakie inne spostrzeżenia?
Doszłam do wniosku, że wcześniej (w pierwszym podejściu) jadłam za dużo białka i na pewno częściej robiłam odstępstwa (drożdżówka na mieście, itp). Teraz zachowuję proporcję 1 g białka, 1 g węgli i 3 g tłuszczu (na kg ciała) i wydaje mi się, że jest ona dla mnie idealna (uważam, że każdy musi wypracować swoją). Mogę też powiedzieć, że w tym czasie “pomiędzy” nie jadłam dużo węglowodanów, a w diecie były obecne tłuszcze, i niestety to nie wystarczyło, aby zachować pozytywne efekty. Teraz to wiem, ale kiedy tak jadłam, miałam nadzieję, że to wystarczy.
Jeśli chodzi o ilość białka – rzeczywiście pojawiają się głosy, że jest go w diecie za dużo, ale to raczej w przypadkach nieumiejętnego stosowania diety (nie ważą produktów, tylko jedzą “na oko”, a oko bardzo potrafi mylić, węgle uznają za samo zło i odstawiają niemal zupełnie, co jest błędem, a ponieważ coś trzeba wrzucić do rozepchanego brzucha, to wrzucają białko bez ograniczeń). Przy pierwszym podejściu też popełniałam takie błędy. Jednak teraz, kiedy zjadam białka ok. 50 g/dobę, czuję się dobrze. Czy to za mało? Przy “tradycyjnej diecie” zalecany udział białka w diecie to ok. 15% i na diecie optymalnej też tak jest. Jeśli się czuję dobrze i z ciałem wszystko ok, to czy to nie znaczy, że jest to właściwa ilość? Bo z kolei skutki “przebiałczenia” znam… i nie są przyjemne. Niedoboru nie odczuwam.
Przy pierwszym podejściu nie jadłam warzyw. Teraz jem ich dużo, bo można je świetnie dotłuścić – szpinak, brokuły, kapusta, buraczki, papryka… Do tego kawałek mięska, albo jajko. Jadam sery w niewielkiej ilości, białko czerpię głównie z mięsa, jaj, ryb i galarety. Tłuszcz to masło, smalec, śmietanka, ale także orzechy, ryby, trochę oleju lnianego… Z węgli oprócz warzyw, zjadam słodkie lody (mniam
), czekoladę gorzką i kakao, czasem trochę chleba lub kaszy, łyżka mąki do omletu, łyżka dżemu… Owoce uwielbiam i czasem się kuszę, ale na tej diecie warzywa są “bezpieczniejsze”. Kiedyś ta dieta rzeczywiście wydawała mi się miało urozmaicona, teraz myślę wprost odwrotnie. Jem mnóstwo różnych pyszności, przy zachowaniu proporcji.
A Pana nie kusiło nigdy, aby chociaż na miesiąc przejść na tę dietę z zachowaniem proporcji? Żeby sprawdzić? Miesiąc wystarczy, żeby poczuć różnicę
A potem można zadecydować – idę dalej, czy rezygnuję. Ja ze swojej strony polecam.
PS Życzę powodzenia w dalszych poszukiwaniach, będę tu zaglądać, żeby sprawdzić, co słychać
Pozdrawiam
sniezka
Wszystko co Pani opisuje ma swoje uzasadnienie. Wiem dobrze, że brak tłuszczów zwierzęcych, zastępowanie ich olejami roślinnymi, tudzież wysoka podaż węglowodanów, powoduje sporo problemów zdrowotnych. Sam u siebie na diecie wysokowęglowdanowej kilka lat temu obserwowałem pogorszenie się stanu skóry.
Zawsze podkreślam, że zasługą Kwaśniewskiego i jemu podobnych, jest na nowo docenienie tłuszczu pochodzenia zwierzęcego. Jednak nie jestem aż tak radykalnie nastawiony, by tłuszcz uczynić głównym makroskładnikiem swojej diety. Myślę, że „głównym punktem spornym” między nami jest kwestia ilości białka, bo co do reszty się zgadzamy. U Pani podaż białka mieści się jeszcze w granicach, które uważam za dopuszczalne. Zwykle proponuję kobietom coś w przedziale 1-2 gramy na kilogram masy ciała. Ile dokładnie to już zależy od wielu czynników, głównie od poziomu aktywności fizycznej.
Dieta poniżej tego 1 grama jest już zagrożeniem dla zdrowia, które niekoniecznie musi się objawić od razu. Często panie po przekroczeniu czterdziestego roku życia skarżą się na bóle stawów. Wynika to z dwóch podstawowych przyczyn. Wielu lat zbyt niskiej podaży pełnowartościowego białka oraz zbyt częstego chodzenia na szpilkach. Warto na dietę spojrzeć w ten sposób. Aktualne samopoczucie jest ważne i do pewnego stopnia jest wyznacznikiem dobrej diety. Złe samopoczucie od razu mówi nam, że coś jest nie tak. Jednak liczy się także bardziej długoterminowe spojrzenie. stąd moje zastrzeżenia do niskiej podaży białka.
W klasycznej diecie optymalnej, o ile się nie mylę przyjmuje się wartość 0,7-0,8 białka. Zupełnie nie bierze się pod uwagę płci ani obciążenia wysiłkiem fizycznym. Podejrzewam, że w tym wypadku dr Kwaśniewski kierował się starym i błędnie interpretowanym raportem, gdzie taka dawka jest zalecana jako górna granica. Nikt nie zauważa lub zauważyć nie chce, że ów raport dotyczył osób z chorobami nerek, które faktycznie nie mogą spożywać więcej białka. Przenoszenie tej normy na wszystkich jest już poważnym nadużyciem.
Bynajmniej też nie jestem zwolennikiem „tradycyjnej diety”, o której Pani pisze. Tam przelicza się wszystko na kalorie i stąd wychodzi im to 15% bilansu energetycznego. Takie wyliczenia do niczego nie prowadzą. Człowiek to nie piec, by mu wyliczać wartości opalowe. Poszczególne składniki biorą udział w przemianach hormonalnych, enzymatycznych itd. Tymczasem przeciętnemu Kowalskiemu wydaje się, że wszystko jest po prostu spalane. Stada nieoduczonych dietetyków tylko go w tym utwierdzają.
Czy mnie nie kusiło sprawdzenie takich proporcji? Dałem się w życiu skusić wielu błędnym teoriom, niestety też uczę się na błędach. Tak jak pisałem dla Pani ten 1 gram może wystarczyć. Dla mnie na pewno nie. Z samej zasady mężczyzna potrzebuje więcej białka. Po drugie ćwiczę sitowo, a więc to zapotrzebowanie jeszcze wzrasta. Przez wiele lat zjadałem 2 gramy i nie notowałem zbyt dobrych efektów, dopiero gdy spojrzałem na sprawę bardziej krytycznie i zwiększyłem podaż do 3 gram, moje wyniki znacznie się poprawiły. Dlatego też nie wierzę w żadne z góry ustalone normy. Pozdrawiam
Wg mojej interpretacji na tej diecie można jeść tyle białka, ile organizm “przyjmie”. Mówi się, że przy niskiej podaży węglowodanów organizm nie potrzebuje dużej ilości białka, bo nie musi naprawiać licznych szkód, które powstają na diecie wysokowęglowodanowej. Ponadto nadmiar białka jest przetwarzany w węglowodany, a następnie magazynowany w postaci tkanki tłuszczowej – jest proces kosztowny energetycznie i niepotrzebny. Więc z pewnością zgadzamy się, że białka najlepiej jeść “tyle, ile trzeba”
Nie za dużo, nie za mało… Spróbuję zwiększyć ilość białka w diecie do 65-75 g, co da mi ok. 1,2 – 1,4 g/kg ciała. To dobry moment, bo w święta z pewnością będzie wiele białkowych pokus. Zobaczę, czy w jakiś sposób to odczuję.
pozdrawiam
sniezka
Obciążenie fizyczne także powoduje sporo szkód, które wymagają naprawy i regeneracji, zaś w sporcie dodatkowo superkompresji, czyli nadbudowy. Dlatego taka rozbieżność w indywidualnym zapotrzebowaniu. Większa ilość białka oznacza dodatni bilans azotowy i tu nieco upraszczając można powiedzieć, że dodatni bilans azotowy oznacza młodość, a ujemny starość. Przy czym należy też pamiętać, że zwiększenie ilości białka trzeba poprzeć większą ilością wody.
Co do przekształcania się nadmiaru w węglowodany, to teoretycznie opracowywano takie modele, jednak w praktyce straty energii, o których Pani wspomniała są tak duże, że proces ten jest mało prawdopodobny. Zresztą tę zasadę wykorzystuje się przy odchudzaniu. Okazuje się, że samo podwyższenie białka doprowadza do utraty tkanki tłuszczowej z racji tychże strat energetycznych. Bynajmniej nie uważam, że nadmiar jest wskazany. W tym się z Panią zgadzam. Po prostu trzeba szukać dla siebie ilości optymalnej w danym okresie życia.
Przy obecnej podaży składników obserwuję u siebie powolne zmniejszanie się tkanki tłuszczowej w okolicach brzucha, której wbrew pozorom i powszechniej opinii nabawiłem się jedząc dużo ryżu. Nigdy nie miałem problemów z nadwagą, żadna ilość mięsa nie powodowała takich problemów, a ryż i owszem. Sporo kobiet w rozmowach wspomina mi o bólach stawów, a gdy pytam o ilość białka to wychodzi zdecydowanie za mało. Oczywiście dochodzą tu wady postawy i siedzący tryb życia. Skutek jest taki, że problemy ze stawami i kręgosłupem mają coraz młodsze osoby. Pozdrawiam.